sobota, 2 sierpnia 2014

Filipiny - na fali

Ląduję z impetem na tafli wody, błyskawicznie zanurzam się pod jej powierzchnią bez zapasu powierza w płucach, od razu czuję uderzenie, zaraz kolejne – to fale przygniatają siłą stu słoni, obrały sobie za cel pokazać mi, kto tu rządzi, ocean nie akceptuje arogancji, mieli mnie wielokrotnie z zawziętością wściekłego byka.



Deska przymocowana do kostki ciągnie mnie w stronę brzegu nie dbając o to, że potrzebuję choć odrobiny powietrza, a woda bezlitośnie ciska mną o dno – La Union,  Urbeniztondo, wioska surferska w środkowo zachodnim Luzon, Filipiny.



- Trzy, dwa, jeden, wstawaj! – krzyczy instruktor popychając moją deskę na fali, - Ręce pod klatkę, unieś, wstań – powtarzam po cichu, sekwencję trzeba wykonać bardzo dynamicznie, już wiele prób zakończyło się awaryjnym lądowaniem w wodzie.

To moja pierwsza lekcja surfingu, jest wczesny ranek, a ja powoli zaczynam zastanawiać się, czy wciąż chcę być surferem. Dzisiejsza fala nie lubi początkujących, chwilę wcześniej mój instruktor, znany w okolicy surfer demonstrował „jak to się robi”, po sekundzie spędzonej na desce fala wrzuciła go do wody.

- Trzy, dwa, jeden, wstawaj! – gleba

Obok Bryan, z którym podróżuję od kilku dni i który ma znacznie więcej doświadczenia z surfingiem radzi sobie dużo lepiej, łapie co drugą falę i zachęca do niepoddawania się. Po niezliczonej liczbie prób bolą zmęczone wiosłowaniem ramiona, stłuczone żebra, otarta o deskę klatka piersiowa i kolana.

- trzy, dwa, jeden, wstawaj! Po raz kolejny powtarzam w myślach sekwencję: Ręce pod klatkę, do góry, wstań – udało się! Łapię falę, stoję na desce, która sunie po wodzie, jakby popychana magicznym podmuchem Posejdona. Cieszę się i krzyczę w niebogłosy, dopływam do brzegu, po czym wpadam do płytkiej wody. Dalsze próby bardziej, lub mniej udane ostatecznie wyczerpują moje baterie, jestem zadowolony i pozytywnie zmęczony. Po wszystkim czuję się, jakby zamiast krwi w moich żyłach płynęła słona woda, która wlała się we wszystkie możliwe miejsca, jeszcze przez kilka godzin wylatuje z nosa i uszu. W mgnieniu oka mija połowa dnia, idę do lokalnej „restauracji” uzupełnić węglowodany, sprzedawczyni w budce przykrytej strzechą wita mnie charakterystycznym dla Filipińczyków uśmiechem. Wybór posiłków ogranicza się do kilku tapasów takich, jak bakłażany, jajka, czy ryż, załapałem się w ostatniej chwili, jedzenie skończyłoby się w ciągu godziny. Na niebie pojawiają się nieliczne chmury, w Filipinach trwa pora deszczowa, co oznacza, że w każdej chwili możemy spodziewać się opadów, które bywają tutaj obfite.

Zanim kończę posiłek, całe niebo zasnuwa się chmurami, zaczyna się delikatny deszczyk, który nabiera mocy z każdą minutą, szybkim krokiem ruszam w stronę mojego hostelu przy plaży, w ciągu kilkunastu minut strumyk lejący się z nieba zmienia się w rwącą rzekę, płynie cała ulica, a plaża zmienia się w wielkie jezioro.



Woda podchodzi pod hostel. Kiedy wejście wody na teren hostelowej restauracji wydaje się nieuniknione, miejscowi surferzy przekopują przesmyk do morza, dzięki któremu woda wpływa do morza. Chmury stopniowo ustępują miejsca słońcu i pogoda ponownie, nabiera wakacyjnego charakteru. Jest już wieczór, siadam na plaży i obserwuję jak słońce chowa się za horyzontem, a miejscowi surferzy wykorzystują jego ostatnie promienie ujeżdżając fale.