wtorek, 12 sierpnia 2014

Filipiny: Motocyklem przez wyspę

Budzę się obolały po wczorajszym treningu Muay Thai, minęło już sporo czasu od kiedy ostatnio poruszałem mięśnie i zdaje się, że ciało zapomniało co to intensywny wysiłek. Plan na dzisiaj to wyjazd do Czekoladowych Wzgórz – pasma wzgórz, pokrytego trawą, która podczas pory suchej zmienia kolor na czekoladowy, zlokalizowanego na wyspie Bohol. To nieco ponad 70 kilometrów od Panglao – bajecznej wyspy na której zatrzymałem się na jakiś czas, aby odpocząć, ponurkować i przypomnieć sobie, jak to jest sypiać w tym samym łóżku przez kilka tygodni,  
Filipiny, wyspa Panglao - lokalna plaża
wiem od miejscowych, że pomimo krótkiego dystansu, trasa zajmuje około 3 godzin. Wynajmuję motocykl od miejscowego handlarza, ustalam kurs na GPS i ruszam w drogę.



Mijam po drodze wioski zapraszające do wizyty jedyną w swoim rodzaju atmosferą, w jednej z nich zatrzymuję się na śniadanie, kuchnia filipińska przypomina europejską, to zasługa Hiszpanów, którzy kolonizowali Filipiny do końca dziewiętnastego wieku. Śniadanie wybieram spośród dostępnych tapasów – mój ulubiony jack fruit (pyszny owoc niedostępny w Europie) w sosie curry, bakłażan i ryż. Przejeżdżam przez most łączący dwie wyspy, do wyboru mam jedną z dwóch alternatywnych tras, pierwsza prowadzi przez środek wyspy, druga wzdłuż linii brzegowej, spontanicznie  wybieram tę pierwszą - przez środek wyspy, zakładam, że tutaj widoki będą bardziej naturalne. Dobra asfaltowa droga pozwala mi bawić się prędkością na motocyklu, mijam budynki zniszczone trzęsieniem ziemi w 2013 roku, w którym zginęło ponad dwieście osób i blisko tysiąc zostało rannych. W pewnym momencie kończy się droga i zaczyna dróżka, przeplatana robotami drogowymi, błotnistymi odcinkami i lokalnymi wsiami, o których zapomniał świat. 

Filipiny, wyspa Bohol - lokalna droga, jeden z bardziej komfortowych odcinków:)
Zwalniam do prędkości szybkiego marszu, przebijam się przez błotnisty teren jakby przygotowany, jako tor przeszkód dla trenujących żołnierzy. Wskaźnik paliwa bezlitośnie opada ostrzegając przed ugrzęźnięciem tu na dobre. Zatrzymuję się w małej wiosce, gdzie miejscowi wychodzą ze swoich domów, aby mnie zobaczyć i krzyczą z oddali „hello”. Wypytuję napotkanych ludzi o paliwo, mimo tego, że angielski jest w filipinach drugim oficjalnym językiem, na wiosce nie jest zbyt popularny i nie  mogę się z nikim porozumieć, nie spodziewam się nowoczesnej stacji benzynowej, ale wiem, że muszę wypełnić bak oktanami. Pytam napotkaną przypadkowo grupkę dzieci o stację benzynową, jest światełko w tunelu, wskazują na sklep nieopodal i opowiadają coś lokalnym dialektem. Ruszam we wskazanym kierunku i pytam w sklepie o benzynę – „no” słyszę w odpowiedzi, cały entuzjazm pryska, jak bańka mydlana, jestem już zmęczony, więc kupuję butelkę zimnego napoju, zapalam papierosa i przysiadam na trawie, aby przemyśleć trasę. Rozglądam się po okolicy i obok sklepu widzę kilka półek z wystawionymi butelkami po coli wypełnionymi zielonym płynem – albo coca cola zmieniła strategię wizerunkową, co wydaje się mało prawdopodobne, albo jednak w sklepie można kupić benzynę. Kamień spada mi z serca, kupuję paliwo, które jeden z dzieciaków kręcących się w okolicy sklepu wlewa do baku, używając obciętej do połowy butelki, jako lejka. Dalsza trasa okazuje się coraz gorsza, praktycznie nie jadę, a popycham motocykl przez grzęzawiska, nogi mam pokryte błotem, gdzieś po drodze zgubiłem japonki. W pewnym momencie motocykl całkowicie zakopuje się w błocie, koła mielą w miejscu wyrzucając w powietrze potężne ilości błota. Zbiegają się miejscowe dzieci i pomagają mi wypchnąć motocykl, jednak wszystko na nic, zdaje się, że ugrzązł na dobre. Odpoczywam chwilę, biorę łyka wody i resztkami sił unoszę tył motocykla, w tym samym czasie dzieci popychają go do przodu, wspólnymi siłami udaje nam się wprawić koła w ruch i wyciągnąć grata na twardy grunt. Uśmiecham się do dzieci i dziękuję im serdecznie. Dalej trasa nieco się poprawia, mijając naprzemiennie lepsze i gorsze odcinki dojeżdżam do Czekoladowych Wzgórz, które okazują się typową atrakcją turystyczną. Widoki są piękne, jednak z powodu masy turystów podążających po schodach w górę i w dół magia tego miejsca jakoś ulatuje.

Filipiny, wyspa Bohol - Czekoladowe Wzgórza, w czasie pory morkej przybierają kolor zielony:)
Po krótkim odpoczynku zmywam błoto z nóg, używając wody ze szlaucha i ruszam w drogę powrotną, nie chcę przejeżdżać ponownie przez błotniste tereny, więc wypytuję miejscowych o lepszą trasę, wracam drogą nadmorską, wyasfaltowaną i wygodną, mijam po drodze zniszczony trzęsieniem ziemi kościół, obok którego jem lunch. 

Filipiny, wyspa Bohol - zniszczony podczas trzęsienia ziemi kościół
Dojeżdżam do Panglao po południu, jestem zmęczony drogą, a wczorajszy trening jeszcze bardziej daje mi się we znaki, mam ochotę na zimne piwo i ciepłe łóżko.
 
Filipiny, wyspa Panglao, Alona Bech

Zaczynam od zimnego piwa – idę do lokalnego baru z muzyką na żywo, ze stolika ustawionego na plaży obserwuję zespół i słucham lokalnych artystów. W tle rozbrzmiewa szum morza, a krążące w żyłach składniki piwa tańczą do rytmu muzyki. Przy stoliku obok siedzą dwie dziewczyny prowadzące ożywioną dyskusję, po pewnym czasie przysiadam się do nich, rozmawiamy o podróżach i planach na kolejne dni, przyjechały z Australii na krótki urlop. Przysiada się do nas również lokalny gitarzysta i proponuje dołączenie do grupy, w której będzie grał na gitarze i śpiewał. Po kilku minutach siedzimy przy dużym stole na plaży, jest nas około 10 osób, popijamy piwo naprzemiennie z lokalnym rumem i śpiewamy stare szlagiery do dźwięków gitary. Noc upływa powoli w leniwej atmosferze, kołysany rytmami muzyki i szumem morza, wpatrzony w gwiazdy marzący na jawie rozmyślam o tym, jak wspaniale jest być tutaj…