czwartek, 22 maja 2014

Rowerem przez Laos, cz. 1 - Czasem z górki, czasem pod górkę – jak to w życiu

Żałuję, że nie napisałem więcej o Birmie – kraju, który ujął mnie swoją naturalnością, buddyjską łagodnością i zwyczajami, których nie sposób spotkać w nowoczesnej Europie, kraju, w którym przeżywałem spontaniczne chwile niczym nieuzasadnionego, niesamowitego szczęścia, kiedy to łzy same napływały do oczu a krtań przywierała do gardła w niedźwiedzim uścisku, kraju, w którym piękno doskonale koegzystuje z prostotą, który przez ostatnie dekady był omijany przez kroczący drogą postępu świat.

Zdjęcie: Yangon, zachód słońca nad jeziorem 
 Przez większość czasu Birma gładziła mnie kojącym dotykiem, łagodnej kochanki, bywało jednak, że pokazała dzikie zęby, warcząc ostrzegawczo, gotowa do ataku.
Cóż, podróż trwa dalej, po upojeniu Birmą wróciłem do Tajlandii północnej, gdzie zostałem krótką chwilę, uczyłem się gotować, latałem nad dżunglą i całymi godzinami przesiadywałem na werandzie rasta-hostelu grając na gitarze, obserwując spokojny rytm miasteczka i uczestnicząc w codziennym życiu międzynarodowej społeczności podróżniczej. Stamtąd dotarłem do Houei Xai, małego laotańskiego miasteczka położonego tuż przy granicy z Tajlandią, nad Mekongiem.

Zdjęcie: Mekong, Houei Xai

Głowa ciężka od ostatniej imprezy w Tajlandii, jest jeszcze kilka spraw do załatwienia w związku z podróżą po Laosie, więc zostaję tu kilka dni, odpoczywam, poznaję podstawowe zwroty w języku Lao, oswajam się z miejscową kulturą i szykuję się do podróży. Od kilku dni codziennie pada deszcz, godzinę, lub dwie, stresuje mnie to, ponieważ to oznacza początek pory deszczowej, a już przekonałem się, że podróżowanie na rowerze, w deszczu, bywa uciążliwe. Jednak nic nie jest w stanie już zmienić moich planów, więc po załatwieniu wszystkich spraw objuczam rower plecakami wyposażonymi w plastikowe worki oraz panczo przeciwdeszczowe i ruszam w drogę. Zaczynam dość późno, około jedenastej miejscowego czasu, a po drodze kupuję owoce na drogę i wodę. Trasa zaczyna się łagodnie, kawałek za miastem spotykam Kanadyjczyka, którego poznałem w autobusie, w Tajlandii – to czasami zadziwiające, jak mały jest świat. Zamieniamy kilka słów, mój rozmówca próbuje złapać autostop do Luang Prabang, ja – cóż długa droga przede mną, więc żegnam się i pedałuję dalej. Po kilkunastu minutach Kanadyjczyk mija mnie na pace pickupa, poszczęściło mu się, łapanie stopa w północnym Laosie nie jest łatwe. Pogoda mi sprzyja, dzisiejsze deszcze spadły z samego rana, teraz świeci piękne słońce, jadę więc z uśmiechem na twarzy, zadowolony z tego, że ponownie jestem w trasie, słucham muzyki, śpiewam głośno, zajadam owoce liczi kupione na rynku i cieszę się chwilą. Po jakimś czasie trasa staje się bardziej wymagająca, pojawiają się większe góry, mijam grupki Laotańczyków w barach i w ogrodach swoich domów oddających się swojemu codziennemu rytuałowi, tj. słuchaniu muzyki i piciu piwa, lub bimbru, w towarzystwie rodziny i przyjaciół. Sam natomiast robię się coraz bardziej głodny, zatrzymuję się więc w przydrożnej restauracji. Mam wrażenie, że w Laosie większość restauracji serwuje tylko jedno danie – zupę podobną do naszego rosołu z makaronem i warzywami. Tak jest również i tutaj, odpoczywam więc  na plastikowym krzesełku, pod dachem z poliestrowej płachty i zajadam moją zupkę. Właścicielka, za pomocą gestów proponuje mi przenocowanie w restauracji, automatycznie odmawiam, jest dopiero piętnasta, więc mogę jeszcze pokonać długą trasę. Kiedy przychodzi do zapłacenia rachunku, mam mały kłopot, przemiła pani nie chce napisać ceny dania na kartce, ani kalkulatorze, wybiera tylko nominały spośród moich banknotów. Cena wydaje się zawyżona, ale cóż – mój błąd, nie zapytałem o nią przed zamówieniem, cała sytuacja jest nieco niezręczna. Kątem oka widzę, że zaczyna padać deszcz, w tym kontekście propozycja noclegu w restauracji wydaje się kusząca, więc wracam do miłej Pani i za pomocą gestów pytam o nocleg, jednak propozycja jest najwyraźniej nieaktualna, wsiadam więc na rower i jadę dalej. Na szczęście deszcz jest łaskawy, delikatnie mnie tylko chłodzi i idzie w swoją stronę. Pedałuję jeszcze przez jakiś czas, mijając po drodze kilka wiosek, w każdej biegną za mną dzieci, machając i wołając „sabadi!!!” (lao. cześć), na co odpowiadam tym samym. Widoki są piękne, tylko ja i droga, a wokół piękne góry, zielone lasy i leniwie płynące rzeki, gdzieniegdzie widać pola wypalane przez farmerów. 

Zdjęcie: Laotańczycy wypalają swoje pola, aby przygotować je do zasiewów
 Docieram do wzniesienia, według oznakowania 10%, spodziewam się, że nie będzie lekko… I nie jest, po kilkudziesięciu minutach pot leje się strumieniami, zmęczenie przywiera do mnie, jak głodna pijawka, a nogi zaczynają odmawiać posłuszeństwa, zsiadam z roweru i pcham go pod górę, która wydaje się nie mieć końca, w tym momencie przypomina mi się opowieść o Syzyfie, mam jednak nadzieję, że będę miał więcej szczęścia niż on…:) Jest już dobrze po osiemnastej, słońce schodzi nisko i swoim kolorem zapowiada pożegnanie, a ja wciąż walczę z górą. Po drodze nie ma żadnych wiosek, w których mógłbym się zatrzymać, a mój tani namiot nie nadaje się do noclegu podczas azjatyckiej pory deszczowej. Wykrzesuję z siebie resztki sił, wsiadam na rower i wdrapuję się pod górę, w końcu docieram do szczytu, to bardzo miłe uczucie, nie mam jednak czasu, by się nim cieszyć, wkładam bluzę, która ma mnie chronić przed pędem powietrza, podczas zjeżdżania z góry i ruszam w dół, już nie pedałuję, teraz skupiam się na kontrolowaniu prędkości, zjeżdżam z wielkiej góry z prędkością dochodzącą chwilami do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, rower jest objuczony plecakami, przez co traci na stabilności, jednak nie chcę zwalniać, wiem, że muszę znaleźć nocleg, zanim miejscowi pójdą spać… 

Zdjęcie: Laos- w drodze
 …W końcu moim oczom ukazuje się dom, później drugi, zaraz szkoła – wioska!:) Bardzo się cieszę, miałem już obawy związane z dzisiejszą nocą, wchodzę na podwórko pierwszego domu, bardzo ładnego, drewnianego, ustawionego na ponad dwumetrowych filarach i pytam, czy mogę rozłożyć namiot pod zadaszeniem, to dość wygodne rozwiązanie – chroniłoby mnie przed deszczem, a jednocześnie dawało odrobinę niezależności. Gospodyni jednak wskazuje ręką na dom i daje do zrozumienia, że będę tam spał. Też dobrze dom wygląda imponująco, jak na laotańską wieś. Siadam więc na drewnianej belce i rozkoszuję się zachodem słońca. Przysiada się gospodarz domu, wychudzony Laotańczyk, z oznakami siwizny, ubrany w szorty i ponaddzieraną koszulkę, chwyta wielką fajkę zrobioną z rury PCV i kawałka bambusa, wkłada do niej zwiniętego przez siebie papierosa i zaciąga się jego dymem. Jest bardzo miły, więc pytam, czy mogę spróbować, ale odmawia, tłumacząc, że papieros jest niedobry, hmm… może to specjalny papieros:) Zapachu trawki nie czuję, ale w Laosie bardzo popularna jest inna substancja:) 


Nie możemy porozmawiać, więc siedzimy na belkach od czasu do czasu uśmiechając się. Po jakimś czasie pojawia się również starsza, pomarszczona Laotanka z długą zawiniętą fajką, siada na małym taboreciku pod filarem i patrzy na mnie. Obok grupka dzieci gra w gry znane mi z dzieciństwa, większość z nich pamiętam jak przez mgłę, zastanawiam się, jak to możliwe, że takie zabawy są uniwersalne, przecież nie ma środków masowego przekazu, które by tłumaczyły zasady zabaw podwórkowych dla dzieci. 


Jest już całkiem ciemno, wylałem dziś kilka litrów potu, moje ubrania są od niego mokre i brudne, pytam więc gospodarza, gdzie mogę się umyć, ten jednak nie rozumie, mimo tego, że daję z siebie wszystko pokazując odpowiednie gesty, moje pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Rozglądam się więc po podwórzu, na którym jest kilka małych chatek i orientuję się, że do żadnej z nich nie dochodzą rury z bieżącą wodą. Spoglądam na miski ustawione pod dachem domu i zaczynam rozumieć – biorą wodę z deszczu, a podczas pory suchej pewnie z pobliskiej rzeki. Teraz jednak miski są puste, godzę się więc z tym, że dzisiejsza noc nie będzie najbardziej higieniczną w moim życiu:)  Po chwili słyszę wołanie – to gospodyni, woła na kolację, na werandzie jednej z chatek rozkłada improwizowany stolik – kawałek blatu postawiony na misce, na którym kładzie dwa głębokie talerze wypełnione „zupą” z kawałkami pędów bambusa, na podłodze, po przeciwnych stronach stołu stawia dwie beczułki z klejącym ryżem. Do posiłku zasiadamy wszyscy razem, małżeństwo, dwoje dzieci i ja. Jedzenie jest równie pyszne co proste, staram się jeść w sposób podobny do moich gospodarzy, którzy ręką biorą garść ryżu z jednej z misek, lepią z niej kulkę, którą miętolą w palcach przez chwilę, po czym maczają w zupie i sosie chilli, później łyżką nabierają odrobinę zupy i popijają zjedzony wcześniej ryż. Laos jest krajem komunistycznym, mam wrażenie, że tutaj wszystko jest wspólne. Jestem daleki od pochwały komunizmu, jednak kiedy tak siedzę z moimi gospodarzami, zajadam ich jedzenie i szykuję się, aby wyspać się w ich domu, przychodzi mi do głowy myśl, że w Laosie ma on swoje dobre strony, w kraju zachodnim przyjęcie podróżnika z ulicy, nakarmienie go i przenocowanie byłoby nie do pomyślenia. Kiedy kończymy jeść, gapię się chwilę w gwiazdy i podziwiam ich blask, zupełnie inny od tego do którego przywykłem. Wchodzę do domu i widzę wydzielone dwa małe pokoiki, które zajmują gospodarze i dzieci, resztę stanowi duże, niezagospodarowane pomieszczenie, które przypada mi w udziale. Podłoga i ściany są nieszczelne, więc wszędzie widać wielkie karaluchy, gospodarz próbuje je deptać, ja za pomocą t-shirta przeganiam je z okolic mojego posłania i plecaków, jednak szybko orientuję się, że nie ma to wielkiego sensu, ciekawe jest to, że już zdążyłem przyzwyczaić się do takich widoków. Nie spodziewałem się luksusów, a zmęczone ciało domaga się odpoczynku, więc pokornie kładę się spać i po krótkiej chwili rozmyślania odpływam…