czwartek, 3 kwietnia 2014

Przez ciernie do gwiazd – droga do Birmy

Erawan Park jest malowniczym parkiem narodowym położonym w prowincji Kanchanaburi, docieram  tam wczesnym popołudniem, na miejscu są trzy opcje noclegu – hostel, bungalow, lub namiot. Po 30 minutach jestem już rozpakowany w moim przytulnym namiocie. Pierwsza noc jest bardo chłodna, co jest miłą odmianą po ostatnich doświadczeniach, jednak z samego rana udaję się do obsługi po materac, który nieco poprawi izolację termiczną od gruntu.

Zdjęcie: Zespół wodospadów Erawan - Level 1
Spodziewałem się, że Park będzie
raczej atrakcją turystyczną, niż manifestacją dzikiej natury – i tak jest, rano zaczyna się międzynarodowe „targowisko turystyczne”, wszędzie w okół wodospadów tłoczą się ludzie, robią zdjęcia, kąpią się i dobrze się bawią, budki z jedzeniem przyciągają gości – rano – wyruszających w stronę wodospadów, po południu powracających stamtąd, obserwuję nieustającą rotację – jak w mrowisku:). Trzeba jednak przyznać, że widoki w parku są piękne, rzeka i góry o wschodzie słońca wyglądają powalająco, podobnie, jak cała okolica. Zaraz po śniadaniu wybieram się na spacer szlakiem wodospadów. Mimo tysięcy turystów przechadzających się tutejszymi ścieżkami natura jest bardzo dobrze utrzymana, jakby w szklarni, drzewa i ściółka są starannie przycięte i dostosowane do delikatnego buta turysty, jednak wciąż wyglądają trochę jak dżungla w pigułce. Wnoszenie jakichkolwiek napoi i jedzenia jest zakazane, aby nie zaburzać łańcucha pokarmowego zwierząt, ludzie nie wyrzucają odpadów nieorganicznych i starają się współpracować z obsługą Parku przy utrzymaniu jego naturalnego charakteru.

Po południu siedzę pod drzewem i czytam książkę, jest jakieś 35 st C, nagle zrywa się ciepły wiatr, który unosi pył w okół mnie i świszczy do ucha, znam już ten wiatr i wiem co zapowiada, mój tani namiot nie jest przystosowany do tropikalnych dreszczów, więc po chwili zastanowienia przenoszę wszystkie bagaże razem z namiotem pod okoliczną wiatę. Później, ze swoim namiotem dołącza również Ania – Rosjanka, która przyjechała do parku na kilka dni. Deszcz spada po dwóch godzinach – leje jak z cebra, wszystko w okół jest mokre, jednak wiata spełnia swoje zadanie i nasze namioty pozostają nietknięte. Jest już późny wieczór, wiatr kołysze drzewa, woda wciąż leje się z nieba, ja siedzę oparty o filar wiaty z książką i latarką, nagle słyszę głośny trzask łamanego drewna – rano okazuje się, że ułamała się wielka gałąź tuż obok namiotów, na szczęście nikomu nic się nie stało. Idę spać około północy kołysany do snu dźwiękiem wiatru i grzmotów burzy.

Zdjęcie: Gałąź urwana przez burzę
Budzę się o świcie, niebo jest na powrót niebieskie, mimo niesprzyjającej prognozy, na niebie nie ma ani jednej chmury (choć wiem, że w Azji to potrafi się zmienić bardzo dynamicznie), podejmuję szybką decyzję o wyjeździe, pakuję plecaki, zwijam namiot i po godzinie jestem gotowy do drogi.

Zdjęcie: Wschód słońca w Parku Erawan

Moim celem jest Świątynia Buddyjska, która przyjmuje „obcych” na retreatment medytacyjny, świątynia jest zlokalizowana w dystrykcie Sai Yok, to znaczy, że mam do przejechania jakieś 40 km – łatwizna. Jadę w kierunku świątyni, po drodze słucham muzyki, podśpiewuję, robię przystanki na zjedzenie owoców i lunchu, czasem błądzę, ale szybko wracam na szlak, zatrzymuję się w Elephant Camp. Słonie są urocze, ale jakoś nie mogę zaakceptować pomysłu uwięzienia dzikich zwierząt na jedno-metrowym łańcuchu, dla uciechy turystów, więc dość szybko opuszczam to miejsce.

Zdjęcie: Elephant Camp, mały słoń na jedno-metrowym łańcuchu
Jadę dalej, mam do przejechania jeszcze jakieś 20 km, kiedy znowu to czuję – ciepły wiatr unoszący pył w okół, niebo niby czyste, ale ten wiatr dotąd się nie mylił. Przyspieszam i po drodze zapamiętuję wszystkie wiaty, pod którymi można by się schować, a może nawet zostać na noc. Niebo zaczyna się chmurzyć, co rusz słychać grzmot, ale nie pada. Dojechanie do świątyni wymaga zjechania z głównej trasy i poruszania się po szutrowych drogach, nie mam dokładnej mapy, więc po drodze pytam o drogę miejscowych. O dziwo docieram na miejsce suchy, jest już późne popołudnie, więc cieszę się, że będę mógł odpocząć… Trochę zmęczony, ale zadowolony idę wszystko uzgodnić, próbuję porozmawiać z miejscową „recepcjonistką”, ale słyszę tylko:
- no teacher
- a czy mogę zostać na noc?
- nie
W tej świątyni są głównie mniszki, które mają dość surowe zasady, nie byliśmy w stanie precyzyjnie się porozumieć, ale pewnym efektem naszej interakcji było to, że muszę szybko znaleźć nocleg – zanim się ściemni i  zacznie padać. Nie mam planu „B”, wracam więc na główna drogę i ruszam w kierunku miasteczka, w którym znajduje się granica Birmańska, wiem, że dziś nie mam szansy tam dotrzeć, ale podczas podróży potrzebny jest jakiś cel. Wiatr nie kłamał, zaczyna padać deszcz, początkowo delikatnie – raczej kapuśniaczek, niż azjatycka ulewa, ale po chwili mam wrażenie, że woda leje się cysternami, do tego zaczyna się ściemniać. W plecakach mam sporo elektroniki, niby są nakryte płachtami przeciwdeszczowymi, ale to nie pomaga, przy takiej ulewie wszystko jest mokre. Chowam się pod drzewem, później pod wiatą, na którą trafiam po drodze, deszcz wciąż leje, a ja obserwuję, jak zachodzi słońce, a wraz z nim ostatnie promienie światła tego dnia. 

Zdjęcie: Droga - deszcz nieźle dał mi się we znaki
W Tajlandii jazda rowerem po ciemku jest trudna, część dróg jest nieoświetlona, w okół jeżdżą samochody, a psy, które aktywizują się po zmroku, potrafią nieźle zajść za skórę. Czekam aż deszcz przestanie padać, jest już całkiem ciemno, wsiadam na rower i jadę dalej w kierunku granicy birmańskiej, jestem zmęczony, zły, głodny, przemoczony, podobnie, jak moje bagaże i nie mam gdzie spać. Analizuję różne scenariusze, na mapie widziałem małą miejscowość niedaleko, tam może znajdę nocleg. Nagle po prawej stronie drogi wyłania się Pagoda – spróbuję szczęścia ponownie – myślę. Idę porozmawiać z mnichami, kiedy wchodzę na teren pagody psy oszczekują mnie ze wszystkich stron, ktoś wychodzi, żeby się ze mną przywitać. Staram się wytłumaczyć, że podróżuję na rowerze, jadę do Birmy i nie mam gdzie się zatrzymać, jednak jestem odprawiony z kwitkiem – 15 km stąd jest miasto – tam jest hotel. 15 kilometrów? To brzmi jak nieskończoność! Wracam na główną trasę, wsiadam na rower, ale ten jakoś nie chce jechać, patrzę na koło – kapeć, no to pięknie, tylko tego mi brakowało, mam ochotę rozerwać rower na strzępy. Chwila namysłu i wracam do pagody, znowu psy, znowu światło w oknie, tym razem wychodzi inny mnich, nie pyta mnie już o co chodzi tylko prowadzi prosto do pomieszczenia, w którym będę spał. Dostaję ręcznik, nową szczoteczkę do zębów, pastę i mydło, biorę prysznic polewając się zimną wodą z miski, myję zęby i wracam do mnicha. Ten częstuje mnie papierosem, rozkłada mapę i pokazuje kilka detalów, chwilę rozmawiamy, później zostawia mnie samego. Śpię w Sali medytacyjnej, robię szybką kontrolę strat w bagażu – o dziwo nie jest tak źle, plecaki są mokre, ale zawartość nie ucierpiała, rozwieszam kilka ubrań, smaruję się repelentem i układam spać. Przed szóstą rano budzi mnie gwar, to mnisi próbują dać mi do zrozumienia, że czas na pobudkę, wstaję więc i idę do toalety, po drodze łapie mnie mnich, który wręcza mi kawę i papierosa – iście buddyjski poranek, ale nie chcę odmawiać gościny, więc przysiadam i konsumuję podarki. Przed siódmą jestem gotowy do drogi, zakładam plecaki, tym razem na ramiona, w głowie odtwarzam proces łatania dziury w dętce, dziękuję i żegnam się. Mnisi zaczynają zdejmować ze mnie plecaki i ładować je do minibusa, podobnie, jak rower – zawiozą mnie do miejsca, gdzie ktoś naprawi dętkę – świetnie, prawdę mówiąc nie wiem, czy udałoby mi się załatać tę dziurę jeszcze dziś. Wkrótce mam już naprawione koło i jestem gotowy do drogi. Do Phu Nam Ron (gdzie jest granica Birmańska) mam jakieś 35km, tam planuję zatrzymać się na noc, aby dokładnie wysuszyć wszystkie rzeczy i odpocząć. Szybko okazuje się, że trasa ciągnie się po górzystym terenie, więc gdzie tylko mogę łapię autostop, pickupy podrzucają mnie krótkimi fragmentami pod górę, więc trasa jest przeplatana odpoczynkami w klimatyzowanych samochodach. Kiedy dojeżdżam do celu okazuje się, że w Phu Nam Ron nie ma zbyt wielu możliwości noclegu, miejscowi mówią, że jest jakiś guesthouse, ale wskazują lokalizację, w której go nie znajduję. Jem świetnego Pad Thai’a i podejmuję decyzję o przejechaniu granicy jeszcze dziś, przysiadam na chwilę, aby załadować do GPS mapy Birmy i przekraczam granicę. Po pożegnaniu się z tajskim celnikiem znajduję się na kilkukilometrowym odcinku ziemi niczyjej, a asfaltowa droga prowadzi do…

Zdjęcie: Ślepa uliczka na ziemi niczyjej, pomiędzy Tajlandią, a Birmą - można poczuć się skołowanym:)
...Do zobaczenia w Birmie;)