czwartek, 24 kwietnia 2014

Birma – Kraj Longyi, Betelu i bajecznych Plaż

Budzę się wcześnie rano, odchylam moskitierę i siadam na łóżku. Z za okna słyszę dźwięk gongu, lokalną muzykę, głośne rozmowy i odgłos spluwania. To mój drugi dzień na południu Birmy, zatrzymałem się w hotelu, ponieważ w Birmie obcokrajowcy nie mogą korzystać z usług guesthousów, które są tańszą opcją noclegu, popularną wśród podróżników. Biorę zimny prysznic – szczerze mówiąc, już zapomniałem, jak to jest brać prysznic w ciepłej wodzie. Dowiaduję się od Jack’a (tak przedstawia mi się manager hotelu, w którym się zatrzymałem), że plaża jest oddalona jakieś dziesięć kilometrów od miasta – świetnie, chwila moment i będę mógł wykąpać się w Morzu Andamańskim. Wychodzę na zewnątrz...

Zdjęcie: Birma, Dawei, popularny w tych stronach pojazd, służący do najróżniejszych celów
 żar leje się z nieba...

co rusz słyszę „hrrrrr tfuuu!” – to Birmańczycy odkrztuszają i wypluwają, odkrztuszają i wypluwają i znowu odkrztuszają , ślinę pomieszaną z resztką betelu, miejscowej używki złożonej z kilku składników owiniętych w liść pieprzu betelowego. Rzucie betelu jest narodową pasją, miejscowi twierdzą, że pomaga im to w utrzymaniu higieny jamy ustnej, jednak  przerzedzone, czarne uzębienie Birmańczyków żujących betel i ich przekrwione dziąsła sprawiają, że powątpiewam w wiarygodność tego tłumaczenia. Rzucie betelu generuje ogromne ilości śliny, którą mieszkańcy miasta gromadzą w jamie ustnej, po czym chojnie wypluwają dokładnie tam, gdzie stoją, nie przejmując się tym, że chodniki i ulice pokryte są krwistoczerwonymi plamami. Po ulicach maszerują Birmańczycy w swoich Longyi – noszonych przez mężczyzn chustach, zastępujących spodnie, zawiniętych wokół pasa. Biorę głęboki oddech i uśmiecham się do siebie. Wyruszam w poszukiwaniu śniadania, po drodze wciąż słyszę ”hello”, „mingalaba” (birmańskie pozdrowienie), a wokół siebie widzę uśmiechnięte twarze zwrócone w moim kierunku. Wybieram pierwsze lepsze stoisko z jedzeniem  – większość miejsc, w których podaje się jedzenie ma niewiele wspólnego z europejskim pojmowaniem restauracji. Nie kłopoczę się przypięciem roweru – mimo tego, że większość Birmańczyków patrzy na niego jak na statek kosmiczny, jestem spokojny – mam wrażenie, że tutaj po prostu nie ma kradzieży, można zostawić swoje rzeczy na środku chodnika, wrócić po godzinie, a one będą dokładnie tu, gdzie je zostawiliśmy. Zamawiam ryż z warzywami, muszę wspinać się na wyżyny moich umiejętności aktorskich, aby na migi dać do zrozumienia, że nie chcę w moim śniadaniu żadnego mięsa. Podczas śniadania rozmawiam z miejscowym, który oferuje, że zawiezie mnie na plażę na swoim motocyklu – to bardzo miła propozycja, ale mam rower, więc dziękuję uprzejmie. Kiedy mój rozmówca wstaje od stołu, płaci za nas dwóch, na nic zdają się moje protesty, więc na koniec dziękuję ponownie i deklaruję przyjście do jego sklepu medycznego tuż za rogiem.
Droga na plażę okazuje się bardziej wymagająca niż myślałem – prawie cały czas pod górę, pot leje się ze mnie strumieniami.  W połowie trasy robię sobie przerwę na łyk wody, jestem akurat w wiosce, więc szybko zauważają mnie miejscowi i zapraszają do siebie na ganek, gdzie siadamy i „rozmawiamy”, choć żadne z nas nie rozumie, co mówi druga strona:

- bla be bla bu ble bla bla                                                  
- tak, jadę na plażę
(…)
- ble blu?
- Jestem z Polski – to w Europie
- aaaaa zabrać mnie do swojego domu (ostatnie zdanie chyba zrozumieli:))

Uśmiecham się bez odpowiedzi, wtedy przychodzi starsza pani z dzieckiem na rękach, pokazuje palcem na dziecko i wykonuje ręką gest dający do zrozumienia, że mogę je zabrać, nie wiem co dokładnie ma na myśli, ale stanowczym ruchem głowy odmawiam.  Grupka otaczających mnie ludzi robi się coraz większa, ludzie schodzą się z całej wioski, żeby popatrzyć na białasa. Po krótkiej dyskusji grzecznie żegnam się i wsiadam na rower. Trasa wciąż idzie pod górę, znowu strumienie potu, dopiero pod koniec, kiedy należy zjechać do poziomu morza, mięśnie mogą odpocząć.
Kiedy dojeżdżam  do Maungmagan Beach jestem absolutnie oczarowany, plaża jest magiczna, pozbawiona całej turystycznej otoczki, jaka kojarzy się z podobnymi miejscami, nie ma na niej jasnego piasku, wilgotny ubity brzeg ciągnie się od morza do wydm. 

Birma - Maungmagan Beach, jedno z magicznych miejsc na ziemi

Na plaży widać bawiące się dzieci, chłopaków grających w piłkę, młodych ludzi ścigających się na starych motocyklach (piasek jest tak ubity, że Birmańczycy używają plaży, jako drogi), powyżej kobiety z wielkimi koszami niesionymi na głowach sprzedają smażone owoce morza, wszystko wygląda tak cholernie naturalnie, gdybym zobaczył idącą po plaży Pocahontas, w ogóle bym się nie zdziwił. Patrzę na to wszystko i nie mogę uwierzyć, że jeszcze istnieją takie miejsca na ziemi…

Birma - Maungmagan Beach

Od razu zrzucam koszulkę i biegnę wykąpać się w morzu Andamańskim, woda jest bardzo ciepła, idealna, chłodna bryza wspaniale współgra z wilgocią okalającą ciało i wspólnie tworzą skuteczny system chłodzenia. Cieszę się morzem jak dziecko, rzucam się na fale, później pływam, po wyjściu z wody jadę na rowerze po plaży, wzdłuż morza. Przede mną wyłania się „Beach Party” – grupka młodych ludzi puszcza muzykę z głośnika podłączonego do akumulatora samochodowego, razem z nimi bawią się dzieci i Amerykanka (tego się nie spodziewałemJ), cała impreza prezentuje się bardzo  ciekawie, więc przysiadam na chwilę ,aby popatrzeć. Dzieci, jak tylko spostrzegają mój rower, zaczynają go badać wzrokiem, później dotykać, na koniec chcą go wypróbować – dzieci mają straszną radość,  jeżdżą na nim jedno po drugim, wożą się nawzajem na bagażniku, nie zważają na to, że siodełko i kierownica są dla nich zbyt wysokie a metalowe pedały zakończone ostrymi elementami.

Myanmar (Burma) - Maungmagan Beach
Birma - Maungmagan Beach


Po przedyskutowaniu kilku tematów w uniwersalnym języku i podziękowaniu za propozycję noclegu w jednym z domów, żegnam się i jadę dalej. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, w jak pięknym miejscu się znalazłem, jakaś dziwna magia wypływa z każdego zakamarka i przenika moje ciało. Kiedy przejeżdżam obok restauracji serwującej owoce morza, zaczepia mnie młody Birmańczyk, dobrze mówiący po angielsku – to rzadkość w tych stronach, więc cieszę się, że mogę chwilę porozmawiać, proponuje, abym przysiadł się do stolika, przy którym siedzi z grupą przyjaciół. Nie mam planów na popołudnie, więc chętnie przyjmuję zaproszenie. Przy stoliku siedzi Sai, który mnie zaprosił, jego brat, jeszcze jeden mężczyzna, który okazuje się być wysoko postawionym policjantem i dwie młode dziewczyny. Jest bardzo sympatycznie, a stół jest suto zastawiony, więc rozsiadam się wygodnie, otwieram piwo, nakładam kalmara, kilka krewetek i dyskutuję z moimi towarzyszami. 

Birma - Maungmagan Beach

Najwięcej ma do powiedzenia Sai – tylko on mówi płynnie po Angielsku, opowiada mi swoją historię – kiedy miał pięć lat przeniósł się razem ze swoimi rodzicami do dżungli, gdzie mieszkali z partyzantami walczącymi przeciwko juncie (reżimowi wojskowemu), dziesięć lat później, wyjechał z mamą do Tajlandii, która była wolnym od represji krajem, dla uciśnionych Birmańczyków utopijnym rajem ukrytym za wysokimi górami, strzeżonym przez bezwzględnych celników. W krainie uśmiechu (tak jest nazywana Tajlandia) pracował jako Barman. Teraz Sai ma 26 lat, po raz pierwszy od 11 lat przyjechał do Birmy, po raz pierwszy od czasu swojego wyjazdu zobaczył rodzinę, na birmańskich wioskach nie ma telefonów, nie miał więc informacji od krewnych przez bardzo długi czas. Podczas jego nieobecności ojciec Sai’a zmarł, kiedy ten przyjechał na miejsce nie poznał swojego zmęczonego i nadszarpniętego zębem czasu i ciężkim trybem życia brata. Sai przyjechał do Birmy, ponieważ planował osiedlić się przy swojej rodzinie, jednak nie znalazł pracy, która zapewniłaby mu satysfakcjonujący dochód i podczas naszej rozmowy planował już powrót do Tajlandii. Życie Birmańczyków jest skomplikowane, Sai, aby wrócić do Tajlandii musi wyrobić paszport – i w tym pomaga mu policjant, który siedzi z nami przy stoliku, oczywiście pomoc nie jest tak do końca bezinteresowna. Po kilku piwach Sai zaczyna opowiadać o sytuacji w Birmie, o tym, że Birmańska demokracja to fikcja, o tym, że ludzie są wciąż uciśnieni, o tym, że wciąż muszą być ostrożni z tym co mówią i robią i o tym, że ludzie z jego wioski dają mu pieniądze aby opowiedział światu, jak wygląda ich sytuacja.
Widać gołym okiem, że policjant, który siedzi przy naszym stoliku ma tutaj duży autorytet, jest pozbawiony pokory tak charakterystycznej dla Birmańczyków, ma wyraźnie roszczeniową postawę, wobec obsługi, a wszyscy wokół podchodzą do niego z mieszanką szacunku i lęku. Zaczyna się ściemniać, i powoli zbieramy się do drogi, moi towarzysze, którzy przyjechali na plażę pickupem, mieszkają w Dawei, tej samej miejscowości, w której się zatrzymałem. Proponują, że podwiozą mnie do hotelu – podoba mi się ta propozycja, po kilku piwach jestem już trochę wstawiony, a do Dawei jest ponad dziesięć kilometrów po górzystym terenie. W drodze do miasta umawiamy się na wieczorny koncert Birmańskiego zespołu. Po godzinnym odpoczynku w hotelu, zaczynam odczuwać poważne zmęczenie, jednak, kiedy moi nowi koledzy przyjeżdżają po mnie,  dołączam do nich, jakimś cudem mieścimy się na siedzeniu skuterka w trójkę i jedziemy na koncert, gdzie zobaczę, jak bawią się ludzie, którzy przez ostatnich pięć dekad żyli w całkowitej izolacji od świata, pod presją reżimu wojskowego...