niedziela, 16 marca 2014

Rowerowy eksodus z Bangkoku

Kolejne dni mijają na zwiedzaniu i szukaniu odpowiedniego roweru do dalszej podróży, wymagania nie są zbyt wygórowane – powinien być lekki, nieduży, składany, aby można go było łatwo przewieźć alternatywnym środkiem transportu, mieć dobre wyposażenie, min 21 biegów, powinien być dobrze utrzymany i niedrogi, do tego musi mi się podobać wizualnie – z jakiegoś powodu nie łatwo znaleźć taki rower w Bangkoku, w zasadzie niełatwo znaleźć jakiekolwiek rowery na sprzedaż w Bangkoku, więc to zadanie zajmuje mi kilka dni i wymaga przemierzenia wielu kilometrów pieszo. Po długich poszukiwaniach trafiam na kilka „sklepów” z używanymi rowerami, zlokalizowanych w garażach.


Obok góry silników, części samochodowych i najróżniejszych rzeczy, które można sprzedać rozstawione są rowery – zazwyczaj stare, nieładne, ale nadające się do użytku, podobno przywiezione z Japonii, gdzie
zostały wyrzucone na śmietnik, lub ukradzione.


 Zdolni Tajowie odrestaurowują je i sprzedają jako pełnowartościowy sprzęt. Jednak wśród tych rowerów nie znajduję niczego, co spełniałoby moje wymagania (głównie techniczne), rowery mają zbyt mało przerzutek, lub są zbyt duże, lub zbyt ciężkie. Zaczynam zastanawiać się nad sensem zakupu roweru, nad tym czy kłopot, jaki powstaje z jego powodu zostanie zrównoważony przez wartość dodaną, jaką wniesie w podróż.

Wieczorem siedzę w barze przy Khao San Road, popijam piwo słucham muzyki na żywo i rozmyślam, myślę o znaczeniu mojej podróży, o tym, co zostawiłem za sobą, o tym, co jeszcze na mnie czeka i o tej biednej kapeli, która gra od godz. 19.00 do 24.00. Nagle, całkowicie niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia pojawia się znajome uczucie – uczucie, które dobrze znam, które pojawia się na różnych płaszczyznach mojego życia i zostawia po sobie zarówno pozytywne, jak i destruktywne konsekwencje, które ma charakter czysto nakazowy, pokazuje kierunek i nie pozostawia żadnego wyboru, jest to uczucie, które każe mi iść na przód, ruszyć z miejsca, porzucić obecny stan, zrobić cokolwiek, za wszelką cenę, byle coś zmienić. Już wiem, że z Bangkoku wyjadę bardzo szybko… Dopijam piwo i idę do pokoju.

Rano pakuję się i jadę do miasta dać Bangkokowi ostatnią szansę. Oglądam rower, który widziałem już wcześniej, który spełniał wszystkie moje wymagania, ma wystarczającą ilość przerzutek, które podczas podróży są niezmiernie ważne, w ciągu 30 sekund można złożyć go do rozmiarów niewielkiej kostki, waży 11 kg, ma dobrej jakości podzespoły i ma jedną zasadniczą wadę – jest zbyt drogi. Chcę ruszyć w drogę jak najszybciej, więc na miejscu podejmuję decyzję i wychodzę ze sklepu z moim nowiutkim rowerem. (zdjęcie poniżej zrobione kilka dni później)


Jadę do zaprzyjaźnionego sprzedawcy używanych rowerów po wyposażenie, ten niestety nie ma dla mnie odpowiedniego bagażnika i zabezpieczenia antykradzieżowego, ale nie może wyjść z podziwu dla mojego zakupu. Ostrzega mnie wielokrotnie, abym używał dobrego zapięcia, daje mi lampkę rowerową – na szczęście i życzy powodzenia. Już cieszę się na myśl o opuszczeniu Bangkoku, ale postanawiam zostać jeszcze jedną noc, aby następnego ranka dokupić niezbędne wyposażenie roweru (które jest dostępne głównie w Bangkoku) i ruszyć w drogę.

Kolejny dzień okazuje się próbą mojej cierpliwości, wymeldowuję się z hostelu z samego rana, zabieram wszystkie bagaże i aby dojechać do sklepu przedzieram się przez miejską dżunglę, objuczony plecakami jadę przez zatłoczone miasto częstowany klaksonami, krzykami, tłumem ludzi i milionami samochodów, wyprzedzam, jestem wyprzedzany, mijam stragany, mimo czujności obijam się o ludzi i samochody, po drodze gubię karimatę, która w Azji południowo-wschodniej jest niezmiernie trudno dostępna. W końcu docieram na miejsce, przejechałem jedynie 5 kilometrów, ale czuję się, jakbym przebiegł maraton. Jeżdżę od jednego sklepu do drugiego próbując kupić niezbędne akcesoria, okazuje się, że mój wymarzony rower jest „nietypowy” i trudno dobrać do niego bagażnik, który jest przecież niezbędny podczas podróży. Każdy sklep a inną teorię, większość obsługi ma za nic mój plan natychmiastowego opuszczenia miasta, i jak na złość ma inną pracę do wykonania. dowiaduję się, że kolejna dostawa odpowiedniego sprzętu przyjdzie za miesiąc(!). Chcę jeszcze dziś wyjechać, więc decyduję się na szereg kosztownych półśrodków i ruszam w stronę dworca autobusowego. Tak dworca – nie chcę jeździć na rowerze w okolicy tego diabelnie zatłoczonego miasta, ponownie mijając sznury samochodów, stragany, ludzi, ponownie objuczony plecakami obijam się o najróżniejsze przeszkody, przyspieszam, hamuję, przekraczam ulicę, szukam drogi do celu. Pytając o drogę, błądząc i odnajdując się ponownie docieram do północnego dworca autobusowego. Jest godzina 19.00, kiedy podchodzę do okienka i proszę o bilet do Kanchanaburi słyszę tylko bezlitosne „finit” (czyt. finish:)), podchodzę do każdego okienka na dworcu, wszędzie słyszę to samo – „finit”. Tajowie z natury są pomocni, więc doradzają, gdzie jeszcze mogę popytać, krążę z moim objuczonym rowerem po peronie (nawiasem mówiąc rower robi na Tajach wrażenie, robią duże oczy, pomrukują z uznaniem „uuuu Dźavaaaa, very good”, pytają gdzie go kupiłem i ile kosztował – zwyczajowo odpowiadam, że to stary grat i nie pamiętam ile zapłaciłem), pytam przy każdym autobusie, ale wszędzie słyszę to samo – bezlitosne finit(!). Jestem zrezygnowany, zdesperowany, wiem, że poza dworcem czeka mnie kolejna przeprawa na rowerze przez dżunglę, w okolicy nie ma hotelu a ja, mimo tego, że w plecaku mam śpiwór, nie mam ochoty spać na dworcu. Nagle jeden z miejscowych gestem ręki zachęca mnie, aby iść za nim, podchodzimy do jednego z setek stoisk na peronie – „finit”, podchodzimy do kolejnego – „finit”, okrążamy peron, mijamy budki z jedzeniem, kiosk i żołnierzy, mój przewodnik proponuje fortel i zaczyna prowadzić mój rower. W ten sposób docieramy do bocznego peronu, gdzie masywna Pani, zamiast dobrze znanego „finit” mówi „120 bath” (12 pln) – jestem wniebowzięty, mimo jej nieprzyjaznego tonu mam ochotę ją ucałować, zanim wyciągnę pieniądze płaci mojemu przewodnikowi 10 bath (1 pln) prowizji za przyprowadzenie klienta. Kiedy ten odchodzi, staje się jasne, że rower, który prowadził należy do mnie, a ja językiem migowym obiecuję, że złożę go i nie będzie zajmował miejsca w autobusie, pani kasuje 120 bath i wypisuje bilet. Do autobusu mam 30 minut, a w ciągu dnia nie miałem nawet czasu, żeby zjeść lunch, więc idę coś przekąsić.
Kiedy przychodzi czas odjazdu, stawiam się w umówionym miejscu z rowerem zapakowanym w zgrabną torbę i z dwoma plecakami. Okazuje się, że minibus, którym będziemy jechać w ogóle nie ma przestrzeni bagażowej, więc kierowca musi złożyć dwa siedzenia, aby zmieścić mój bagaż. Postawna Pani, która będzie jechać z nami busem wykrzykuje na wszystkie strony  „money, money!”, co oznacza, że mam wnieść dodatkową opłatę za bagaż, zgodziłbym się z tym, ale wciąż są wolne siedzenia w minibusie, więc te zajęte przez mój bagaż i tak nie byłyby wykorzystane. Siadam na moim miejscu i próbuję się zrelaksować, ale krzyki miłej Pani robią się coraz głośniejsze. Kierowca zagląda przez drzwi, pokazuje palcem w moim kierunku i uśmiechając się mówi:
- You, Money, 100 bath                      
Gotów byłbym zapłacić znacznie więcej, żeby wydostać się z Bangkoku, ale jestem trochę poirytowany całą sytuacją, więc postanawiam wypróbować blef. Wysiadam z minibusa i tłumaczę kierowcy, że bilet miał kosztować 120 bathów, że nie należy zmieniać zasad gry podczas jej trwania i że w obecnej sytuacji rezygnuję z przejazdu. Kierowca zastanawia się krótką chwilę, uśmiecha we właściwy dla siebie sposób i gestem ręki pokazuje, żebym wrócił na swoje miejsce. Z satysfakcją wsiadam do minibusa, zakładam słuchawki na uszy, puszczam ulubioną muzykę i odpływam na jakiś czas.

Dojeżdżamy do Kanchanaburi około godziny 23, spokojnie kupuję colę w okolicznym 7/11 (popularnej sieci delikatesów) i rozmawiając z miejscowymi taksówkarzami rozkładam rower, jeden z nich jest pod wrażeniem i zadaje szereg standardowych pytań o to, gdzie go kupiłem, gdzie był wyprodukowany i oczywiście ile kosztował. Nie mam zarezerwowanego pokoju, więc kieruję się w stronę Mae Kwai Road – ulicy zlokalizowanej przy rzece Kwai, gdzie można znaleźć tani i klimatyczny pokój. Z kilku hosteli, które obejrzałem, jeden szczególnie przypada mi go gustu – niedrogi bambusowy bungalow przy rzece, świetna atmosfera i lokalizacja, obok restauracja z darmowym internetem. Postanawiam jednak jeszcze rozejrzeć się po okolicy. Podążając za kierunkowskazem wjeżdżam w szutrową uliczkę, jadę powoli otoczony drzewami, uliczka robi się coraz ciemniejsza, rozglądam się za obiecanym przez kierunkowskaz obiektem. Jest środek nocy, wokoło słychać tylko cykady i rechoczące żaby, nagle znikąd wyskakuje szczekający pies – to nic takiego – myślę sobie i jadę dalej, za chwilę do psa dołączają koledzy, otacza mnie wataha kilkudziesięciu ujadających psów, szczekają, warczą pokazują zęby i najwyraźniej nie mają ochoty na zabawę w aportowanie, wyglądają raczej, jakby miały ochotę przekąsić jakiegoś turystę na kolację. Podnoszę nogi do góry, aby uchronić się przed ugryzieniami i wjeżdżam na prywatną posiadłość, która pojawia się przede mną. Psy zostały w tyle, już wiem, że to nie jest okolica, w której chciałbym zamieszkać, ale muszę się stąd wydostać. Wiem, że szczekających psów nie trzeba się obawiać, ale jest środek nocy, i środek tajskiej wsi, nie sądzę aby te psy kiedykolwiek widziały szczepienia, są wychudzone i wyglądają na głodne, a co najważniejsze – to tajskie psy, a już na gali Muai Thai widziałem do czego są zdolni Tajowie;) Przypominam sobie psią naturę - atakują obiekty szybko poruszające się i uciekające – szczególnie takie, u których wyczują strach, więc powolnym, spokojnym krokiem, prowadząc rower za kierownicę wchodzę z powrotem na szutrową drogę, wataha jest w gotowości – obserwuje każdy mój ruch. Jeden krok, drugi, trzeci, najmniejszy pies zaczyna ujadać, nieco większy do niego dołącza, po chwili jeden po drugim dołączają wszystkie pozostałe – ok, to tylko szczekanie myślę sobie i idę dalej, ale psy podchodzą coraz bliżej, już prawie sięgają moich ud. Odgradzam się rowerem – na chwilę pomaga, ale one zaczynają mnie otaczać, wataha przegrupowuje się – jedna kolumna z boku, jedna za mną i jedna już czeka na mnie na drodze, objuczony dwoma ciężkimi plecakami wsiadam na rower i powolnym ruchem zaczynam pedałować pod górkę. Psy są coraz bliżej, znów warczą groźnie, pokazują kły i przekraczają kolejne strefy bliskości, otaczają mnie ze wszystkich stron, a ja mam wrażenie, że zaraz zaczną atakować. W końcu puszczają mi nerwy, zaczynam pedałować jak szalony, nie patrzę co jest przede mną, nie uważam, aby przez przypadek nie rozjechać któregoś z nich, pędzę co sił w nogach (nie wiedziałem, że mam aż tyle sił;/) Psy próbują mnie gonić, ale po chwili poddają się. Wracam do mojego idyllicznego bungalowu nad rzeką, rzucam plecaki na łóżko i śmieję się sam do siebie – Witaj KanchanaburiJ