czwartek, 20 marca 2014

Z rowerem wśród wodospadów

Kanchanaburi to małe, urocze, miasteczko, tutaj znajduje się most nad rzeką Kwai i tutaj toczyła się akcja słynnego amerykańskiego filmu z 1957 roku o tym samym tytule. Film opowiada o losach amerykańskich więźniów, którzy podczas okupacji Japońskiej Tajlandii (w czasie Drugiej Wojny Światowej Japończycy okupowali większość krajów Azji południowo-wschodniej) zostali schwytani i zmuszeni do pracy przy budowie linii kolejowej między Birmą a Tajlandią, która to linia miała być szybkim i bezpiecznym kanałem dostaw. Podczas budowy linii kolejowej, na skutek ciężkich warunków,  wyczerpania, niedożywienia i złego traktowania  zmarło około 15 tysięcy jeńców wojennych i około 100 tysięcy cywilów. Japońscy inżynierowie, którzy zaprojektowali linię szacowali, że jej budowa zajmie około 5 lat, jednak jeńcy wojenni pod zabójczym naciskiem strażników ukończyli ją w 16 miesięcy, wybudowana linia kolejowa została nazwana „LiniąŚmierci”. W miasteczku znajdują się liczne „atrakcje” związane z tymi wydarzeniami - muzea wojenne, cmentarze, muzeum kolei i oczywiście sam most nad rzeką Kwai.



Spędziłem w Kanchanamburi kilka dni, ale o tym napiszę kiedy indziej. Po kilku dniach znalazłem miejsce, w którym zręczny Taj wyglądający jak Pan Miyagi z „Karate Kid” podjął się przymocowania do mojego
roweru odpowiedniego do podróży bagażnika (poprzedni groził zerwaniem pod ciężarem plecaka, a gdyby stało się to w środku niczego, byłbym ugotowany), wcześniej, w innych miejscach słyszałem tylko „no can, no can”, pan Miyagi spojrzał na rower, przypasował sprzęt i powiedział „dziura tu i dziura tu – łatwe, 8 minut„ – ucieszyłem się, że łatwe i że 8 minut. Tajowie mają inne poczucie czasu niż Europejczycy, więc obiecane 8 minut trwało europejską godzinę, ale już przyzwyczaiłem się do wschodnioazjatyckiego tempa życia, więc nie miałem do niego żalu. Na koniec Pan Miyagi nie chciał przyjąć żadnej zapłaty, „Ty – obcokrajowiec - za darmo” powiedział i uśmiechając się szeroko odszedł.

Postanowiłem, od razu wyruszyć w drogę. Wstaję więc następnego dnia z samego rana, pakuję wszystkie swoje rzeczy, wymeldowuję się z mojego bungalowu nad rzeką, kupuję zimny napój na drogę i ruszam, a dokąd? Jeszcze nie wiem, jadę w stronę Parku Narodowego Erawan, znanego ze swoich wodospadów – miejsce raczej turystyczne, ale podobno piękne. Wiem, że 60 km w takim upale i z dwoma ciężkimi plecakami to dość dużo, więc zakładam, że zatrzymam się gdzieś po drodze na noc, lub dwie. Czuję wiatr we włosach, pot pod koszulką i zapach przecinanego powietrza – czego jeszcze trzeba do szczęścia? Po drodze zatrzymuję się na moje ulubione danie – Pad Siew, szeroki makaron, trochę podobny do europejskiego papardelle z warzywami, jajkiem i dodatkiem przypraw - to zadziwiające, jak Tajowie potrafią z kilku prostych produktów zrobić pyszne danie. Jadę spokojnym tempem, przystaję kilka razy, aby zrobić zdjęcia, słucham muzyki i podśpiewuję. 



Nagle moim oczom ukazuje się kierunkowskaz w prawo „wodospad Phalad 15 km” i obok informacja o Guesthouse z campingiem. Do mojego pierwotnego celu jest około 40 kilometrw prosto, jest szesnasta, co oznacza, że mam około 2,5 godziny na znalezienie noclegu, zanim się ściemni, przeszukuję mapę topograficzną, przewodnik, mapę turystyczną, nigdzie nie ma słowa o wodospadzie Phalad – czyli nie jest to typowa atrakcja turystyczna – to mnie ostatecznie przekonuje. 15 kilometrów pod górkę, częściowo szutrową drogą ciągnie się w nieskończoność, jestem głodny jak wilk i spragniony, po głowie chodzi mi pikantny Pad tai z jajkiem i tofu. Jak na zamówienie na horyzoncie pojawia się gar kuchnia, nie wiem czy na końcu drogi znajdę jakiekolwiek jedzenie, więc zatrzymuję się na lunch. Ryż z kalmarami i warzywami – to jedyna danie, jakie serwuje ta wytworna restauracja – dla mnie bomba. Po dwóch godzinach docieram do pięknego, zacisznego miejsca położonego między dwiema górami, jest półzmrok, w okół widać tylko góry, las, dom sąsiada i gromadę psów przekrzykujących się z dzikimi zwierzętami. 



Jestem jedynym turystą w okolicy, od mojej gospodyni dowiaduję się, że podczas pory deszczowej cała pobliska góra zmienia się w wielki wodospad i o tym, że psy są po to, by chronić teren przed dzikimi zwierzętami.*
 Postanawiam jeszcze rzucić okiem na wodospady, idę przez las, w okół wciąż słychać dzikie zwierzęta, jest już całkiem ciemno, czasem tylko oczy zwierząt odbijają światło latarki. Po powrocie do namiotu wsłuchuję się w odgłosy natury i zasypiam kołysany ich muzyką.

*Na wypadek, jakby ktoś był w okolicy i chciał wyciszyć się w otoczeniu natury, podaję namiary GPS:
N 14 13.246’
E 099 20.488’

Laagorn:)