wtorek, 25 marca 2014

Faranga i mnisi

Po kilku dniach spędzonych w naturze, po ulewnych deszczach, nocy pod gołym niebem, pływaniu w wodospadzie i ogólnym zregenerowaniu sił mam ochotę ruszyć dalej, więc z samego rana składam namiot, pakuję plecaki, jem śniadanie i żegnam się z gospodynią. Przez tych kilka dni opowiadała mi historie o tym, jak jej przyjaciel został stratowany przez dzikiego słonia, o cennych grzybach rosnących w na szczytach dwóch otaczających nas gór, które można zbierać, wyłącznie w czasie, gdy dzikie słonie są nieaktywne, o małpach, które każdego ranka przychodzą do niej po porcję papai i o tym, jak przyjechała tu z Bangkoku na kilka miesięcy i już nie potrafiła wrócić do miejskiej dżungli.



                                                                                    Zdjęcie: Wschód słońca w paru narodowym Erawan

Po drodze zatrzymuję się w przydrożnym sklepiku, aby kupić wodę, przy okazji sprzedawca wypytuje mnie
o plany i o podróż, opowiadam mu w telegraficznym skrócie dokąd. Jak się okazuje, mam jedynie banknot 500 bath, 2 butelki wody kosztują 10 Bath, a sprzedawca nie ma wydać reszty, daruje więc mi tę wodę i już nie pozwala sobie wytłumaczyć, że w zasadzie jej nie potrzebuję, a jak już, to wystarczyłaby jedna butelka – to jest piękna cecha mieszkańców Azji południowowschodniej, na każdym kroku próbują sprawić, aby ich gość dobrze się czuł, często niewiele mają, ale i tak chcą się tym podzielić. Dziękuję i jadę nalej na północ.

Po przejechaniu kilkunastu kilometrów słyszę w oddali muzykę  - taką graną na żywo, przez orkiestrę, sądząc po rytmach, musi być tam wesoło, więc zbaczam z kursu i jadę sprawdzić, co się dzieje. Na leśnej drodze spotykam orkiestrę prowadzącą kolumnę świętujących ludzi, dwóch z nich niesie na barkach młodego chłopaka ubranego na biało, na przedzie kolumny ludzie tańczą i śmieją się. Uczestnicy zabawy, jak tylko mnie spostrzegają, zapraszają do wspólnej zabawy, nie zastanawiając się długo zostawiam rower oparty o drzewo i przyłączam się do tańczącej grupy.



Jak się okazuje są to obchody wyświęcenia młodego chłopaka niesionego na barkach uczestników imprezy na mnicha. Rodzice bohatera zapraszają mnie na uroczystość, która odbywa się  na tyłach ich domu, na miejscu tańczymy, jemy i pijemy whiskey (Tajowie tak nazywają Hong Thong – „medley of spirits”:)). Później rozpoczyna się rytuał – najstarsi członkowie rodziny mnicha siadają w rzędzie, a ten po kolei obmywa ich dłonie i stopy, ludzie szlochają, na koniec wszyscy uczestnicy obmywają mnicha, który po krótkiej chwili jest mokry od stóp do głów. 



Uroczystość trwa dalej, śmiejemy się, wciąż pijemy whiskey, dowiaduję się, że wieczorem rozpocznie się duża impreza z kareoke, jej uczestnicy zapraszają mnie, do siebie na noc. Brzmi kusząco, ale niedawno wyjechałem z miejsca ostatniego postoju, więc grzecznie dziękuję za wspólną zabawę i chwiejnym od whiskey krokiem ruszam dalej.

Na drodze widzę kierunkowskaz „Elephant Camp”, intuicja podpowiada mi, że to camping, gdzie można rozłożyć namiot i przy okazji obejrzeć słonie, więc skręcam w jego kierunku. Jakiś czas szukam mojego celu, pytając miejscowych sklepikarzy, w końcu, krótko przed zmierzchem docieram na miejsce – Elephant Camp – jak się okazuje, słonio-turystyka, tj. można pojeździć na słoniu, lub zrobić sobie z nim zdjęcie, ale rozkładanie namiotu zdecydowanie zabronione. Jestem w kropce, planowałem spędzić tu noc, jest już zmierzch, ja jestem zmęczony, a do parku Erawan daleko.

- a czy jest tu jakiś guesthouse? – pytam miłego recepcjonisty
- nie, jest resort  kilka kilometrów stąd, ale bardzo drogi

Zastanawiam się chwilę, spanie w ekskluzywnych hotelach zdecydowanie nie mieści się w mojej strategii podróżniczej, jeszcze chwilę rozmawiam z uśmiechniętym Panem

- może Pagoda? – proponuje recepcjonista
- Pagoda? – brzmi dobrze, choć nie wiem co to jest
- świątynia buddyjska - precyzuje

Ten pomysł zdecydowanie bardziej mi się podoba. Przemywam twarz, ubieram t-shirt i po chwili ruszam w kierunku pagody. Docieram do celu po kilkunastu minutach, w nadziei, że wypita kilka godzin wcześniej whiskey już całkiem wyparowała witam się na wejściu z jednym z mnichów i pytam, czy mogę zostać tu na noc. Ten zastanawia się chwilę i mówi, że musimy poprosić o pozwolenie najstarszego z mnichów. Idziemy więc do miejsca medytacji – dachu wspartego na filarach i wykaflowanym fundamencie, z przodu stoi posąg Buddy i kadzidła, przed posągiem siedzi dostojny mnich w sędziwym wieku, a za nim pozostali mnisi. Początkowo Father Monk, jak nazywają go inni ignoruje wszystko, co dzieje się, w okół niego, gdy kończy swoje mantry, skupia się na nas. Poinstruowany przez mnichów pokłaniam się trzy razy, a w moim imieniu mówi Puy (tak ma na imię mnich, którego poznałem, na samym początku). Father Monk przez cały czas się uśmiecha i żartuje, ostatecznie zgadza się, abym został w świątyni, sugerując jednocześnie, żebym pouczył mnichów angielskiego. Ja również na coś się zgadzam, ale mnisi nie potrafią wytłumaczyć na co. Podczas naszej rozmowy sędziwemu staruszkowi, ubranemu w szatę buddyjską dzwoni komórka, co zabawnie kontrastuje z jego dostojeństwem. W ramach wieczornej toalety, pod gołym niebem opryskuję się wodą ze szlaucha, smaruję repelentem i zasiadam do skromnego posiłku, jaki mi przygotowano. Mnisi wciąż przynoszą nowe napoje, częstują papierosem i wypytują o różne rzeczy związane z Europą. Finalnie z nauki języka niewiele wychodzi, przynajmniej dla Tajów - oni za to uczą mnie tajskich zwrotów. Przed dwudziestą drugą wszyscy są już zmęczeni, więc powoli rozchodzimy się do łóżek. Moje posłanie znajduje się na podłodze, w bibliotece. Najmłodszy z mnichów – około 12-letni Byu jest najbardziej ciekawy, już po tym, jak kładę się spać świeci w moim kierunku telefonem myśląc, że nie widzę.



Byu budzi mnie po piątej  – szybka pogawędka i kawa, jeszcze zanim zdążę wykonać poranną toaletę, moi towarzysze dają mi do zrozumienia, że wychodzimy. Nie wiem, jeszcze gdzie, ale zaczynam domyślać się o co chodzi – Mnisi buddyjscy codziennie o świcie, zgodnie ze zwyczajem wychodzą do miasta po jedzenie, które przyrządzają dla nich wyznawcy, postanowili zaangażować mnie w ten zwyczaj i przy okazji pochwalić się przed ludźmi farangą, który u nich nocował. Jest nas czterech, chodzimy od domu do domu, mieszkańcy miasteczka czekają na nas przed swoimi domami, każdy z nich nakłada łyżkę ryżu do naczyń przygotowanych przez mnichów, wręcza im ciepły posiłek, zapakowany w worki foliowe, napój i suche jedzenie, wszystko razem ląduje w koszyku na kółkach. Po wręczeniu pożywienia odbywa się błogosławieństwo domu i jego mieszkańców. Chodzimy tak od domu do domu przez jakieś dwie godziny, po czym wracamy do świątyni na śniadanie. Mnisi mają swoją dzienną rutynę, więc na mnie już czas, po raz kolejny pakuję plecaki, przywiązuję je do roweru i ruszam w drogę. Poruszam się małymi krokami, ale każde miejsce przynosi nowe doświadczenia, w języku tajskim funkcjonuje zwrot sà-nùk, które oznacza zabawę w kontekście rożnych czynności, taka właśnie jest moja podróż - sà-nùk.

Lah-gorn:-)