środa, 12 marca 2014

Bangkok – nieposłuszny pęcherz ;-)

W Bangkoku mam do załatwienia kilka spraw związanych z dalszą podróżą, takich jak  uzyskanie wizy do Birmy, zakup roweru, czy drobne zakupy (odpowiedni repelent, czy lek przeciwko malarii), poza tym chcę przywitać się z tym miastem, pooddychać jego specyficzną atmosferą i ocenić, czy pozmieniało się od czasu mojej ostatniej wizyty (odpowiedź brzmi: tak, pozmieniało się – ale o tym napiszę innym razem:))


Po długiej, przespanej nocy zaczynam dochodzić do siebie, dzień spędzam w centrum miasta, głównie zwiedzam i robię zakupy, delektuję się klimatem, obserwuję dynamikę miasta, podobną do tej, którą można
zobaczyć w mrowisku, tutaj każdy dzień wygląda tak samo - ludzie biegają, krzyczą, zajmują się swoimi sprawami, po czym bez pytania włączają innych do swojego małego wszechświata, by po chwili ich z niego wykluczyć. W drodze powrotnej, w autobusie poznaję bardzo miłą Włoszkę, nasza znajomość zaczyna się od pani sprzedającej bilety. Moja nowa koleżanka ma ze sobą uroczą jamniczkę, której głowa wystaje z lnianej torebki. Dla Tajów psy nie są urocze, są brudne agresywne i przenoszą choroby, sprzedawczyni biletów, która jedzie w naszym autobusie proponuje schowanie psa w moim plecaku, aby nie zagrażał innym pasażerom:) Amalia opowiada o tym, jak 10 lat temu rzuciła pracę w administracji i zaczęła podróżować, opowiada o krajach, które zwiedziła o tym, jak dzięki swojej pasji zyskała nowy zawód (obecnie jest instruktorem nurkowania) oraz o swoich planach zakupu kawałka ziemi w Birmie i otwarcia tam szkoły nurkowania, ja opowiadam o swoich planach podróżowania po Azji, o tym jak się tu znalazłem i o poprzednich podróżach, które zaowocowały moją miłością do tych stron. Na koniec żegnamy się i życzymy sobie nawzajem powodzenia. Po naszym spotkaniu w mojej głowie rodzi się myśl o tym, że miło byłoby ponurkować w okolicach jakiejś zacisznej birmańskiej plaży...

Po całym dniu, podczas którego byłem zatopiony w Bangkoku, w jego skrzeczącej melodii, pajęczynie interakcji i wielokilometrowej pieszej wędrówce, jestem już zmęczony, do hotelu wracam przez Khao San (rozrywkową ulicę Bangkoku), gdzie zatrzymuję się na piwo w barze z muzyką na żywo. Khao San jak zwykle jest zatłoczone, ale zespół świetnie gra znane szlagiery, więc postanawiam chwilę zostać i podelektować się tą atmosferą. Niespodziewanie przysiada się do mnie sympatyczna Szwedka, oboje opowiadamy swoje historie – właśnie przyjechała do Bangkoku, planuje podróżować po Azji przez kolejnych 6 miesięcy, a wcześniej rzuciła swoją pracę w marketingu - hmmm brzmi zadziwiająco znajomo:) Wieczór mija w miłej atmosferze, więc zamawiamy jeszcze jedno piwo, rozmawiamy, słuchamy muzyki, oboje właśnie rozpoczynamy wielką podróż i oboje jesteśmy tym podekscytowani. Zaczyna się robić późno, a następnego ranka wybieram się do ambasady birmańskiej, więc żegnam się i ruszam w stronę hotelu.

Po drodze orientuję się, że wypiłem 2 piwa i nie byłem w toalecie – to zdecydowanie niepodobne do mnie, pęcherz bezlitośnie mi to wypomina, złości się na mnie i każe natychmiast naprawić to uchybienie, przyspieszam więc kroku. Nagle słyszę głos wołający „message” – niby nic niezwykłego, w Bangkoku na każdym rogu słychać masażystki zachęcające do skorzystania z usług ich salonu, jednak ten dźwięk jest inny – bardziej metaliczny, przesadnie wzmacniający ostatnią sylabę i wydłużony bardziej niż zwykle, odwracam się i widzę uroczą blondynkę - turystkę rozmawiającą z dziewczynami z salonu masażu, która powtarza swoje zmodyfikowane „message”…
- Are you the masseuse? (eng. „to Ty jesteś masażystką?”) - Odpowiadam żartobliwym tonem
- Yes – twardo stoi na swoim stanowisku
- Are you sure?
- Yes I can do it - odpowiada flirtująco
Daję krok w stronę salonu masażu, przez głowę przemyka mi myśl o tym, że w ten sposób rozpoczynają się ciekawe znajomości, po czym otrzymuję cios od pęcherza, który karci mnie za same podjęcie rozmowy i utratę cennych sekund, domaga się rehabilitacji i nie pozostawia wyboru. Na tym etapie wiem, że to sytuacja typu lose-lose, więc, uśmiechając się rzucam na pożegnanie:
- mabey tomorrow – i przyspieszam kroku do pokoju

Cóż, jak to się mówi - pęcherz nie sługa:)